BLIZNY ŚWIATA

Ameryka Łacińska

Karuzela wyborcza w Brazylii nabiera rozpędu

dilmar.jpg
(Rządowi Dilmy Rousseff znacznie bliżej do latynoskiej lewicy niż Waszyngtonu. Tu z nieżyjącym już Hugo Chavezem. Fot: Blog do Planalto/Flickr/CC BY-NC 2.0)

Brazylia wchodzi właśnie w drugi etap najbardziej zaciętej i nieprzewidywalnej kampanii prezydenckiej od dekad. Już wkrótce jedno z najludniejszych i najważniejszych państw globu wybierze lidera, który poprowadzi je przez burzliwy czas kryzysu ekonomicznego i przemian społecznych. Decyzja nie będzie łatwa, lecz na pewno bardzo ważna - tak dla Brazylii, jak i świata. 

Dilma Rousseff jest twardą osobą. Przeżyła wiele: od więzienia i tortur w czasach dyktatury wojskowej po walkę z rakiem trzy dekady później. Mimo trudności, zawsze parła do przodu. Wytrwałość doprowadziła ją tam, gdzie nie dotarła żadna kobieta - na fotel prezydenta 200-milionowej Brazylii. Ale ostatnie półtora roku mogło poddać próbie nawet jej hart ducha. 

Najpierw przyszły protesty - początkowo niepozorne, skupiające kilkaset osób, po chwili ogromne, dwumilionowe. W czerwcu 2013 roku Brazylia wrzała; choć zapalnikiem była drobna podwyżka cen biletów w komunikacji miejskiej, ze społeczeństwa wylał się cały skumulowany żal: o rosnące koszty życia, o kiepski stan usług publicznych, o nierówności, kolejki w szpitalach i korupcję na salonach. 

Rządząca pierwszą kadencję Rousseff nie była winna wszystkim problemom, ale jej blisko 80-procentowe poparcie momentalnie stopniało. Według niektórych sondaży - niemal o połowę. 

Kolejna seria demonstracji wybuchła krótko przed tegorocznym mundialem. Chociaż piłkarskie mistrzostwa "załatwił" Brazylii siedem lat wcześniej były już prezydent Lula da Silva, to na Dilmę (Brazylijczycy często mówią o politykach po imieniu) spadły gromy za gigantyczne koszty imprezy. Porażka w półfinale z Niemcami tylko pogorszyła sprawę. Brazylijska przywódczyni nadal uchodziła za faworytkę wyznaczonych na 4 października wyborów prezydenckich, lecz było jasnym, że wynika to w dużej mierze z braku silnej konkurencji. Przynajmniej do czasu. 

Wybory w cieniu tragedii 

13 sierpnia Brazylią wstrząsnęła tragiczna wiadomość: Eduardo Campos, przywódca Partii Socjalistycznej (wbrew nazwie - centrowej), zginął w katastrofie lotniczej. Miejsce w prezydenckim wyścigu automatycznie zajęła jego wicekandydatka, popularna ekoaktywistka i była minister środowiska Marina Silva. Wyborczy krajobraz zmienił się nie do poznania. 

O ile sondażowe poparcie Camposa rzadko przekraczało 10 proc., tak Silva błyskawicznie zrównała się z Rousseff. Na początku września część ankiet stawiała ją nawet na pierwszym miejscu, a większość przewidywała jej pewne zwycięstwo w drugiej turze. Atmosfera rywalizacji między obiema paniami była tak intensywna, że lokalne i zagraniczne media praktycznie przestały zwracać uwagę na innych startujących. "Nowym prezydentem Brazylii na pewno będzie kobieta" - stwierdzała tuż przed wyborami amerykańska CNN. W podobnym tonie wypowiadały się rzesze ekspertów w prasie, stacjach radiowych i telewizji. Ale wtedy nastąpił kolejny zwrot. 

Podczas gdy sztaby Silvy i Rousseff wymieniały ciosy, spokojną i konsekwentną kampanię prowadził kandydat Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB), 54-letni Aecio Neves. W ostatnim tygodniu przed głosowaniem to właśnie on wskoczył między siłujące się rywalki. I tak już zostało. 

Jak 5 października podała komisja wyborcza, Rousseff zdobyła 41,6 proc. głosów, a Neves o osiem punktów mniej. Marina Silva skończyła na trzecim miejscu z 21-procentowym poparciem. W dogrywce, 26 października, obecna prezydent zmierzy się więc z reprezentantem socjaldemokratów. Co to oznacza dla Brazylii - oprócz tego, że jej przywódcą nie musi wcale zostać kobieta? 

Spłonąć jak zapałka 

Początkową popularność Mariny Silvy da się wytłumaczyć na wiele sposobów. Po pierwsze, mogła ona być efektem naturalnego przypływu współczucia po śmierci Eduardo Camposa. Po drugie, każde badanie opinii publicznej pokazuje, że Brazylijczycy łakną zmian - od 20 lat w kraju dominują dwa ugrupowania: PSDB oraz lewicowa Partia Pracujących (PT) Luli da Silva i Dilmy Rousseff. Mimo że oba mają swoje osiągnięcia, dojście do władzy przedstawicielki trzeciej opcji byłoby powiewem świeżości. A Marina nadawała się do tego idealnie - choć w wielkiej polityce działa od dawna, ciągle uchodzi za człowieka spoza skostniałych układów. Będąc czarnoskórą córką ubogich zbieraczy kauczuku, która nauczyła się czytać dopiero w wieku 16 lat, do wszystkiego musiała dojść sama (lub, jak często podkreśla, "z pomocą Boga"). 

Ale atuty Silvy był również jej słabościami. 

Brak politycznych "pleców" oznaczał, że nawet jeśli wygra wybory, może nie być w stanie skutecznie rządzić - bez mocnych koalicjantów żaden prezydent nie osiągnął jeszcze w Brazylii sukcesu. Jej program ekonomiczny był mocno ogólnikowy, a kilka tygodni nie starczyło, by lepiej przybliżyć go obywatelom. Marina popełniała także poważne błędy. Chcąc przyciągnąć wyborców, w połowie kampanii na moment złagodziła swą pozycję w kwestii aborcji i małżeństw homoseksualnych. Szybko uderzyło to w nią rykoszetem: liberałowie nie uwierzyli w nagłą przemianę, a konserwatyści - w tym jej współwyznawcy z ewangelickiego kościoła zielonoświątkowego Zborów Bożych - poczuli się oszukani. Dysponujący dziesięciokrotnie większymi środkami sztab wyborczy Dilmy Rousseff bezwzględnie wykorzystywał każdą wpadkę ekolożki. Nieustannie sugerował też, że nastawiona prorynkowo Silva odda kraj w ręce chciwych bankierów i odbierze milionom Brazylijczyków zapomogi finansowe. 

Teraz tę samą broń wycelował już w Aecio Nevesa. - Brazylia pokazała, że nie chce powrotu duchów przeszłości - powiedziała tuż po ogłoszeniu wyników pierwszej tury obecna prezydent. Nie było wątpliwości, do kogo odnoszą się te słowa: w drugiej połowie lat 90. rząd PSDB przeprowadził masową prywatyzację. Choć wzmocniło to pikującą wtedy gospodarkę, żywiciele tysięcy rodzin stracili pracę. 

Zmiany czy bez zmian? 

Gdy w 2002 roku były związkowiec Lula da Silva doszedł do władzy, jego Partia Pracujących skupiła się na ochronie brazylijskiego przemysłu i walce z biedą. Tę samą linię utrzymała namaszczona przez niego Rousseff. Eksport surowców naturalnych pozwolił sfinansować potężne programy socjalne, które wyciągnęły z nędzy ponad 40 mln obywateli; grono konsumentów poszerzało się z każdym miesiącem, gospodarka pęczniała - w 2010 roku wzrost wyniósł 7,5 proc. Brazylia czyniła postępy, jakimi nie mógł się pochwalić żaden inny kraj na półkuli zachodniej. 

Chociaż Neves nie neguje tych dokonań, w swojej kampanii przekonuje, że Brazylijczycy potrzebują nowych rozwiązań. W ciągu ostatnich trzech lat wzrost PKB gwałtownie przyhamował (na początku 2014 roku doszło nawet do krótkotrwałej recesji), a w państwowych przedsiębiorstwach - zwłaszcza naftowym potentacie Petrobrasie - wybuchły kompromitujące skandale korupcyjne. O ile to pierwsze można uznać jeszcze za efekt globalnego kryzysu ekonomicznego, tak już problemy z łapówkarstwem i kolesiostwem muszą spaść na konto rządzących. Podczas dwóch kadencji jako gubernator stanu Minas Gereis kandydat PSDB dał się tymczasem poznać jako polityk, który potrafi ograniczyć biurokrację i kontrolować finanse. Ale czy to wystarczy, by przerwać 12-letni prymat Partii Pracowników? 

Eksperci zgadzają się, że bardzo duże znaczenie dla rezultatów drugiej tury będzie mieć postawa Silvy. - Jeśli Neves obieca, że poprze jej postulaty o wykluczeniu reelekcji oraz ochronie środowiska, Marina może mu pomóc - twierdzi prof. Arthur Ituassu, politolog z Pontifícia Universidade Católica w Rio de Janeiro. - Gdy w 2010 roku odpadła z wyborów, nie opowiedziała się po żadnej ze stron (Rousseff konkurowała wtedy z socjaldemokratą Jose Serrą; Silva miała około 20 mln zwolenników - red.). Ale tym razem Partia Pracujących traktowała ją znacznie brutalniej - dodaje. 

Chociaż udział w wyborach jest obowiązkowy dla wszystkich obywateli w wieku od 18 do 70 lat (kara za pozostanie w domu to z reguły drobna grzywna), około 38 mln osób w ogóle nie poszło do urn lub oddało pusty głos. Przesłanie jest jasne: wielu Brazylijczyków po prostu gardzi polityką. Według profesora Ituassu wynika to z faktu, że dwie najważniejsze partie - mimo wrogiej retoryki podczas kampanii - tak naprawdę wcale się mocno nie różnią. - Partia Pracowników jest nieco bardziej protekcjonistyczna, PSDB nieco mniej, ale ich pomysły na zarządzanie i politykę społeczną są podobne. Nawet jeśli Neves wygra, Brazylia nie odczuje wielkiej zmiany - przywiduje brazylijski ekspert. 

Inaczej ocenia to Sonia Fleury, politolog z prestiżowego think-tanku Fundação Getulio Vargas. - Te ugrupowania mają odmienne priorytety. PSDB chce przede wszystkim spłacić długi i utrzymać stabilność fiskalną, choćby i za cenę wzrostu bezrobocia oraz obniżenia płac. Aktualny rząd stawia za to na rozwój dla wszystkich, nawet jeśli kosztem mają być wysokie wydatki publiczne i wynikające z tego zagrożenia - wyjaśnia. 

Istotne różnice istnieją też w podejściu obu kandydatów do polityki zagranicznej. Rousseff i jej Partia Pracowników poświęcały wiele uwagi regionalnej integracji oraz relacjom z mocarzami ze Wschodu: Chinami, Indiami czy Rosją. Brazylijscy socjaldemokraci zawsze uchodzili z kolei za zdecydowanie bardziej zainteresowanych dobrymi kontaktami z Waszyngtonem. 

- W przypadku zwycięstwa Nevesa, możemy spodziewać się powrotu do bliższych stosunków z Północą, zwłaszcza USA i Unią Europejską. Układy z resztą świata zejdą na dalszy plan - ocenia Fleury. Już za kilkanaście dni Brazylijczycy zadecydują, która droga im bardziej odpowiada. Przy nieprzewidywalności tegorocznych wyborów, tylko jedno jest pewne: sztabowcy Rousseff i Nevesa będą musieli czekać z otwarciem szampana do samego końca. 


Tekst ukazał się po raz pierwszy w serwisie WIADOMOSCI.WP.PL