BLIZNY ŚWIATA

Ameryka Łacińska

Wojna paragwajska, czyli szaleństwo tyrana

wojna_paragwajska_wosjka_brazylia_free970.jpeg
Wojska brazylijskie w Paragwaju (fot. Domena Publiczna)

Wojna paragwajska zapisała się w historii jako jeden z najstraszliwszych konfliktów XIX wieku. O dziwo, tysiące ludzi do końca wiernie stały u boku prezydenta Francisco Solano Lopeza, który lekkomyślnie wywołał krwawą konfrontację z trzema sąsiadami jednocześnie. Na długo przed wojną jeden z brytyjskich dyplomatów oceniał, że ktokolwiek zechce podbić Paragwaj, wkroczy do tego kraju tylko i wyłącznie po martwych ciałach jego mieszkańców. Tak stało się w istocie - brazylijscy żołnierze przez lata opowiadali między sobą historie o Paragwajczykach, którzy walczyli pomimo urwanych kończyn czy okaleczonych oczu. Odwagą wykazywali się nawet mali chłopcy. 


Jedna wersja mówi, że tuż przed śmiercią Francisco Solano Lopez krzyknął po prostu: "za Paragwaj!". Inna głosi, że - wyciągając szablę przeciwko namawiającemu go do poddania się oficerowi - zdążył wrzasnąć: "umieram z moim krajem!". 

Całkiem możliwe, że naprawdę wierzył, iż ginie za ojczyznę. Bliższe prawdzie jest jednak to, że konał razem z nią. Gdy rozprute brazylijskimi kulami ciało Lopeza runęło do potoku pod Cerro Cora, Paragwaj dogorywał. Po pięciu latach walk ubogie, lecz szczęśliwe niegdyś państwo przypominało wypalone i usłane trupami pole bitwy. 

Wśród wszystkich konfliktów XIX wieku, wojna paragwajska należała do najstraszniejszych. Starcie samotnego Paragwaju z koalicją Brazylii, Argentyny i Urugwaju musiało skończyć się tragedią. Jej skala przeszła wszakże wszelkie oczekiwania. Od południa po północ i od wschodu po zachód, kraj pokrywały leje po wybuchach, okopy i zgliszcza. Zewsząd uderzała pustka. Ile osób zginęło? Nikt nie wie dokładnie. Historycy podają różne szacunki: od jednej piątej do grubo ponad połowy narodu, w tym dziewięciu na dziesięciu dorosłych mężczyzn. W liczbach absolutnych, w zależności punktu wyjściowego, oznacza to od 50 do 300 tysięcy ludzi. 

Nie ma wątpliwości, że w 1870 roku Paragwaj istniał właściwie tylko na mapie. Sąsiedzi, sprowokowani do ataku, nie okazywali litości. 

Jest też i drugi pewnik: wojna mogła skończyć się znacznie wcześniej i oszczędzić Paragwajczykom wielu cierpień. Mogła, lecz nie skończyła, bo Francisco Solano Lopez postanowił, że jego kraj musi umrzeć razem z nim. 

Czekając na szansę 

Od dzieciństwa wiedział, że narodził się, by stanąć na szczycie. Jego ojciec, Carlos Antonio, rządził Paragwajem przez ponad 20 lat. Oficjalnie pełnił rolę prezydenta, choć bardziej przypominał feudalnego króla; jego słowo stawało się prawem, a życzenia - powinnością wszystkich obywateli. Jako najstarszy syn, Francisco Solano był jego naturalnym następcą: jeszcze przed 19. urodzinami został generałem, a nieco później wyruszył w dwuletnią podróż do Europy, by werbować specjalistów-techników i zyskiwać dyplomatyczne obycie. O ile to pierwsze poszło mu nieźle, tak na salonach - jak pokazała historia - nauczył się niewiele. 

Portret Francisco Solano Lopeza z 1866 roku

Portret Francisco Solano Lopeza z 1866 roku Domena Publiczna

Paragwaj był pierwszym niepodległym krajem w Ameryce Południowej. Wykorzystując osłabienie wymęczonej zewnętrznymi i wewnętrznymi konfliktami Hiszpanii, Paragwajczycy ogłosili suwerenność już w 1811 roku. Odłączyli się przy tym od Wicekrólestwa La Platy, z którego wyodrębnić się miały wkrótce także Argentyna, Boliwia i Urugwaj. 

Pod wodzą despotycznego José Gaspara Rodrígueza de Franci, Paragwaj zamknął się w niemal absolutnej izolacji. Pozbawiony dostępu do morza kraj praktycznie nie utrzymywał stosunków z sąsiadami i dalszymi potęgami, a w polityce gospodarczej stawiał na samowystarczalność. Choć rządy Franci były brutalne, jego reżim potrafił wykarmić obywateli, a nawet stopniowo zapewniał im przyzwoity dostęp do podstawowej edukacji i opieki zdrowotnej. Paragwaj nie miał też długów. Autarkiczny model został podtrzymany, z ostrożnymi próbami otwarcia na świat, lecz i większą dawką korupcji, przez następnego władcę: Carlosa Antonio Lopeza. 

Przy wszystkich swoich wadach, paragwajscy dyktatorzy mieli świetne wyczucie stosunków międzynarodowych. XIX-wieczna Ameryka Południowa była kontynentem pogrążonym w konfliktach - młode państwa nie czuły się dobrze w granicach pozostawionych im przez Europejczyków, więc regularnie celowały do siebie z armat. Zachowując neutralność i nie mieszając się w sprawy sąsiadów, Francia i Lopez nie pozwolili wciągnąć Paragwaju w żaden większy konflikt. Kiedy jednak we wrześniu 1862 roku Carlos Antonio zmarł, jego syn obrał zupełnie inny kierunek. 

Marzenia o potędze 

Co sprawiało, że od pierwszych dni swych rządów - a nawet wcześniej, gdy był ministrem wojny - Francisco Solano budował największą armię Ameryki Południowej? Czy była to jego dobrze udokumentowana megalomania? "Kompleks Napoleona", którym mógł zarazić się w Paryżu? Strach przed agresją znacznie większych sąsiadów, podszepty irlandzkiej kochanki-kurtyzany, imperialne ambicje? A może wszystko po trochu? Cokolwiek go motywowało, nowy prezydent nie tracił czasu. Zgodnie z jego zaleceniami, miejscowe warsztaty masowo szyły mundury wzorowane na napoleońskich, zakłady zbrojeniowe produkowały muszkiety, a z zagranicy sprowadzano małe okręty i speców od fortyfikacji. Paragwajskie siły rosły z każdym miesiącem. Zmieniała się też polityka zagraniczna Asuncion. 

W czasie gdy Francisco Solano przyzwyczajał się do prezydenckiego fotela, w nieodległym Urugwaju trwała wojna domowa między partią konserwatystów (Blancos) a liberałami (Colorados). Początkowo dyktator wolał nie angażować się bezpośrednio w zawieruchę i ograniczał się do dyplomacji - albo po prostu gróźb. Kiedy w październiku 1864 roku oddziały z Brazylii - a właściwie Cesarstwa Brazylijskiego - zlekceważyły jego ostrzeżenia i wkroczyły do Urugwaju, by ustanowić tam przyjazne sobie władze, Paragwajczyk wpadł w szał. Mimo iż nie należał do największych przyjaciół Blancos, brazylijską interwencję postrzegał jako gwałt na równowadze w regionie i zagrożenie dla własnego kraju. Nie było to zresztą nieuzasadnione. Rzeki przepływające przez Paragwaj należały do najważniejszych szlaków komunikacyjnych na kontynencie. Kontrola nad nimi mogła być smakowitym kąskiem dla ekspansjonistycznych mocarzy z Rio. Francisco Solano postanowił zaradzić temu jednak w najgorszy z możliwych sposobów. 

Po paru wrogich gestach, 13 grudnia paragwajskie szwadrony przekroczyły granicę i zaatakowały wschodnią część Brazylii. Drugi front miał powstać w samym Urugwaju, do którego Lopez chciał dostać się przechodząc przez argentyńskie Misiones. Gdy Buenos Aires nie wydało mu zgody na transport wojska, dyktator najechał i terytorium Argentyny. 

Pierwsze natarcie zakończyło się sukcesem. Brazylijczycy, zaskoczeni uderzeniem Lopeza, praktycznie bez walki oddali prowincję Mato Grosso. Dowódcy Lopeza odnotowali też kilka zwycięstw w argentyńskim Corrientes. Po paru miesiącach inwazja zaczęła jednak tracić impet. Linie zaopatrzeniowe stały się zbyt rozciągnięte, a obrońcy otrząsnęli się z szoku. Opanowawszy sytuację w Montevideo, Brazylijczycy mogli poświęcić w końcu całą uwagę agresorowi. W maju 1865 roku podpisali wraz z Argentyną i Urugwajem Traktat Potrójnego Sojuszu. Zobowiązali się w nim walczyć dopóty, dopóki Lopez nie straci władzy - lub życia. Paragwaj znalazł się w stanie wojny absolutnej z trzema państwami naraz. Miał od nich 25 razy mniej mieszkańców. 

Pożoga 

W czerwcu 1865 roku paragwajska flota starła się na rzece Parana z brazylijskimi okrętami zwołanymi z Atlantyku przez cesarza Pedro II. Przy znacznej przewadze siły ognia, Brazylijczycy doszczętnie zniszczyli marynarkę Lopeza. Było to zwycięstwem o ogromnym znaczeniu - dzięki hegemonii na rzekach, alianci objęli Paragwaj blokadą, która odcięła go od zaopatrzenia z zewnątrz. Od tego momentu Paragwajczycy walczyli już tylko tym, co zgromadzili wcześniej lub zdobyli na wrogu. Ale nie znaczyło to, że zadanie Trójprzymierza stało się łatwe. Wręcz przeciwnie. 

Port w Humaicie ok. 1868 r.

Port w Humaicie ok. 1868 r. Domena Publiczna

Przez kolejne dwa lata kontratakujące wojska dowodzone przez argentyńskiego prezydenta Bartolome'a Mitre'a miały wiele problemów. Wycofawszy się na swoje terytorium, Paragwajczycy schronili się za potężną linią rzecznych fortyfikacji w Humaicie. Była to dosłowna brama do Paragwaju. Nie mogąc się przez nią przebić, alianci sięgali po wymęczające manewry okrążające. Kosztem było życie tysięcy ludzi: zimą zabijał ich brak pożywienia i mróz, latem gnębiły szalejące na bagnistych terenach choroby. Czasami odnosili istotne triumfy (w bitwie pod Tuyuti w maju 1866 roku Lopez stracił prawie 20 tysięcy najlepszych żołnierzy; krótko potem zaproponował rozejm, na który Mitre nie przystał), innym razem popełniali tragiczne w skutkach błędy (podczas szturmu na umocnienia pod Curupayty padło ich blisko 10 tysięcy, a Paragwajczyków - ledwie ponad setka). Mimo zmiennego szczęścia, Trójprzymierze posuwało się do przodu. Brazylijczycy musieli zaciągać pożyczki i werbować czarnych niewolników z plantacji (po początkowym patriotycznym uniesieniu, biali panowie utracili zapał do wojowania), lecz cierpliwie dźwigali główny ciężar kampanii. Sytuacja Paragwajczyków wyglądała za to coraz gorzej. W całym kraju marniały pola uprawne, panował głód i wybuchały epidemie. Nie było rąk ani do pracy, ani do walki. W szeregach Lopeza pojawiali się 10-latkowie i niedołężni starcy; z czasem zaczęto tworzyć samodzielne dziecięce bataliony. Niekiedy ich jedynym uzbrojeniem były pomalowane na czarno kije, kamienie i groźne okrzyki. Pod koniec wojny w bitwie pod Acosta Nu zginą dwa tysiące paragwajskich chłopców. 

W pierwszych dniach 1868 roku niezdecydowanego Mitre'a zastąpił brazylijski weteran Luís Alves de Lima e Silva (książę Caxias). Szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na stronę aliantów. Podwyższony poziom wody pomógł sforsować wały przy Humaicie, a kilka tygodni później brazylijska flota rozpoczęła ostrzał Asuncion. Mimo fatalnych warunków i braków w zaopatrzeniu (na armaty przetapiano nawet dzwony z katedry), miasto poddało się dopiero, gdy rok później otoczyły je wrogie siły lądowe. Francisco Solano od kilkunastu miesięcy już w nim jednak nie było. 

Ucieczka 

Wiedząc, że alianci nie pozwolą zachować mu władzy, Lopez cofał się w głąb Paragwaju i zakładał kolejne prowizoryczne stolice. Towarzyszyła mu rodzina, resztki małoletniej armii, tabuny wychudzonych cywilów i garstka zagranicznych ekspertów wojskowych, którzy de facto stali się jego zakładnikami. 

Paragwajscy uchodźcy, maj 1869 r.

Paragwajscy uchodźcy, maj 1869 r. Domena Publiczna

Uciekając przed pościgiem, kolumna przemierzała setki kilometrów wyjałowionej ziemi i cuchnących bagien. Droga Krzyżowa, jak nazwano później ten szlak, wyłożona była trupami. Część padła z głodu, przez choroby lub w trakcie potyczek z Brazylijczykami. Resztę stanowiły ofiary paranoi dyktatora. 

Lopez stawał się coraz bardziej nieufny i brutalny, coraz gorzej znosił porażki i wszędzie dopatrywał się spisków. Na jego rozkaz stracono co najmniej 800 osób, wiele zakłuwano bagnetami i lancami, by oszczędzić amunicję. Podejrzeń nie uniknęli nawet najbliżsi tyrana - na publiczną chłostę, za udział w rzekomej konspiracji, skazał własną matkę i siostry. Ale mimo swego okrucieństwa, 1 marca 1870 roku Paragwajczyk nie zginął z powodu zdrady. Po prostu dogonili go Brazylijczycy. 

Dlaczego tysiące ludzi zostały z bestialskim satrapą do samego końca? Dlaczego nie złożyli broni, nie wybrali innego przywódcy, dlaczego - faktycznie - nie zdradzili? Według części historyków, odpowiedzi należy doszukiwać się w charakterze paragwajskiego społeczeństwa. Znakomita większość Paragwajczyków wywodziła się z ludu Indian Guarani, dla których oddanie wobec wodza - jakikolwiek by nie był - zawsze należało do najważniejszych wartości. Równie poważnie indiańscy wojownicy podchodzili do obrony własnej ziemi. Na długo przed wojną jeden z brytyjskich dyplomatów oceniał, że ktokolwiek zapragnie podbić Paragwaj, wkroczy do tego kraju tylko i wyłącznie po martwych ciałach jego mieszkańców. Ta złowroga wróżba okazała się dramatycznie trafna. Brazylijscy żołnierze przez lata opowiadali potem między sobą historie o Paragwajczykach, którzy walczyli pomimo urwanych kończyn czy okaleczonych oczu. Szaleńczym męstwem wykazywać mieli się nawet mali chłopcy. 

Paragwajscy jeńcy w otoczeniu brazylijskich żołnierzy ok. 1865 r.

Paragwajscy jeńcy w otoczeniu brazylijskich żołnierzy ok. 1865 r. Domena Publiczna

Śmierć Lopeza prawie natychmiast zakończyła konflikt. W Asuncion działał już nowy, marionetkowy rząd tymczasowy, który bez większych protestów zgodził się na warunki stawiane przez zwycięzców. Paragwaj przetrwał jako państwo, lecz utracił około 40 proc. terytorium. Przed jeszcze dotkliwszymi sankcjami uchroniły go spory między Argentyną i Brazylią oraz wstawiennictwo USA. To, czego nie zniszczyła wojna, zostało splądrowane. Za granicę trafiło nawet paragwajskie archiwum narodowe. Ojczyzna Indian Guarani całkiem dosłownie stała się państwem nie tylko bez przyszłości, ale i przeszłości. Jak na ironię, człowiek, który ponosił za to główną odpowiedzialność, pięć dekad później został zrehabilitowany przez kolejnych paragwajskich dyktatorów. 


Tekst ukazał się po raz pierwszy w serwisie HISTORIA.WP.PL