BLIZNY ŚWIATA

Afryka

Krwawe protesty w DR Konga. Na ratunek rządu - syn lekarza z Polski?

kongooo.jpg
(Joseph Kabila namieszał, a ucierpią niewinni. Znowu. Fot: Steve Evans/Flickr.com/CC 2.0 BY-NC)


Gwałtowne protesty w Demokratycznej Republice Konga trwają już czwarty dzień. Zginęło w nich, według różnych źródeł, od 40 do ponad 70 osób. To potworny bilans nawet jak na kongijskie standardy.

Wszystko zaczęło się, gdy prezydent Joseph Kabila podsunął parlamentowi projekt spisu ludności, który należałoby ukończyć przed kolejnymi wyborami. Pomysł sam w sobie nie był zły - trudno wszak o wiarygodne elekcje, jeśli do końca nie wiadomo, ilu ma się dorosłych obywateli. Ostatni poważny cenzus sporządzono w Kongo (wtedy – Zairze) na początku lat 80. Większość dostępnych dziś danych demograficznych dotyczących tego kraju jest więc niczym więcej, jak ślepym strzałem. Ot, choćby rozmiar populacji: ONZ szacuje ją na 71 mln, CIA Factbook podaje 77 mln, a Bank Światowy – o 10 mln mniej. Dokładniejsze statystyki się przydadzą, bez dwóch zdań. Ale Kongijczycy zwietrzyli w całej idei podstęp. Być może zresztą słusznie.

Tania sztuczka?

Kabila junior, który objął władzę po śmierci swego ojca Laurenta, rządzi od 14 lat. Na pomysł policzenia rodaków wpadł jednak dopiero teraz, na rok przed zakończeniem swojej drugiej, i zgodnie z kongijską konstytucją, ostatniej kadencji. Przeprowadzenie spisu ludności w niemal całkowicie pozbawionym normalnych dróg państwie o wielkości Europy Zachodniej zabierze tymczasem co najmniej dwa, a może trzy lata. Przeciwnicy prezydenta nie mieli wątpliwości: to fortel, a Kabila chce przedłużyć swoje panowanie bez kontrowersyjnego usuwania limitu kadencji. Blaise Campaore, który trzy miesiące temu próbował pozbyć się takiego ograniczenia w Burkina Faso, błyskawicznie stracił władzę. Afryka nie trawi już takich manewrów.

Pierwsze protesty wybuchły 12 stycznia. Używając pałek i gazu, stołeczna policja opanowała sytuację. Ale tylko na tydzień. Gdy w kolejny poniedziałek Kongijczycy usłyszeli, że niższa izba parlamentu zaakceptowała pomysł Kabili, ponownie wyszli na ulice Kinszasy. Brutalna odpowiedź służb bezpieczeństwa, które użyły ostrej amunicji m.in. na terenie uniwersyteckiego akademika, przypomniała mieszkańcom stolicy czasy okrutnego Mobutu Sese Seko. - Przestańcie zabijać swoich ludzi, nie depczcie krwi rodaków – apelował we wtorek w nocy wpływowy arcybiskup Kinszasy Laurent Monsengwo.

Ofiary postronne

Blokując dostęp do internetu i sieci komórkowych, rząd przyciągnął do zadymy kolejnych ludzi. W ciągu ostatnich dwóch dni zamieszki ogarnęły również Gomę na skrajnie niestabilnym wschodzie kraju. Co gorsza, z manifestujących tłumów zaczęły wylewać się inne frustracje, nierzadko zmieszane z rasizmem. Agencje informacyjne donoszą, że w stolicy zdemolowano wiele sklepów należących do Azjatów.

Aby projekt prezydenta wszedł w życie, potrzeba jeszcze zgody senatu. Dzisiaj jego przewodniczący, Léon Kengo Wa Dondo (nota bene, syn lekarza z Polski) przezornie ogłosił, że wyższa izba potrzebuje jeszcze jednego dnia na przeanalizowanie propozycji. Wygląda więc na to, że rządzący szykują się do ustąpienia w sprawie nieszczęsnego cenzusu. - Zrobią to, jeśli mają resztki zdrowego rozsądku – powiedział mi Dominic Johnson, analityk Pole Institute, think-tanku z Gomy.