BLIZNY ŚWIATA

Afganistan

Czy Afgańczycy mogą nas pokochać?

Afganistan. Kraj, w którym wojna trwa właściwie nieprzerwanie od 1975 roku. Średnia długość życia w tym państwie wynosi 44 lata. Pokój jest pojęciem, którego znaczenie potrafi zrozumieć coraz mniej Afgańczyków. Po prostu niewielu z nich może pamiętać lepsze czasy.

W niedzielę ta niekończąca się wojna zebrała kolejne żniwo. W prowincji Uruzgan w centrum kraju siły NATO ostrzelały trzy duże pojazdy, w których, jak sądzono, poruszać mieli się rebelianci. Pomylono się. W ataku zginęło 27 cywilów, w tym cztery kobiety i dziecko.

Tymczasem na południu kraju trwa wielka ofensywa Moshtarak (w lokalnym języku znaczy to „razem"), która już w pierwszych dniach przyniosła śmierć 12 niewinnych osób.

Po prostu, kolejny miesiąc wojny, można by napisać.

Warto zwrócić jednak uwagę na pewną zmianę. Gdy w poprzednich latach oddziały NATO popełniały takie błędy, dowództwo przez długi czas mijało się z prawdą - najpierw utrzymywało, że wszyscy zabici byli talibami, potem podawało zaniżone dane o ofiarach cywilnych, później starało się w ogóle sprawę przemilczeć.

Teraz jest inaczej. Nie było żadnego zaprzeczania ani chowania głowy w piasek. Rzecznik NATO sam dzwonił do dziennikarzy i informował o wydarzeniu jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnego komunikatu. Dowódca zachodnich sił, gen. McChrystal, osobiście przeprosił afgańskiego prezydenta i potwierdził, że już trwa wewnętrzne dochodzenie w sprawie tej tragedii. Może nawet znajdą się winni.

Jest to niewątpliwie element strategii pozyskiwania sympatii zwykłych Afgańczyków. Błędy takie jak ten z niedzieli od lat zrażają populację do oddziałów NATO. Gesty uprzejmości i wyrazy skruchy oraz karanie osób odpowiedzialnych za tak tragiczne pomyłki mają wywrzeć lepsze wrażenie na cywilach.

Przede wszystkim - dużo wysiłku wkłada się ograniczanie ilości takich wypadków do minimum. Z tym McChrystal radzi sobie nieźle - odkąd objął dowództwo, liczba niewinnych osób zabitych przez zachodnie wojska znacznie zmalała, mimo, że walki wcale nie stały się mniej zacięte.

Niestety, to może nie wystarczyć, by zdobyć „serca i umysły" Afgańczyków. Oni nie będą zwracać uwagi na to, kto dowodzi, ani jak optymistycznie wyglądają statystyki. Każda nowa przypadkowa ofiara jest kolejną osobą zabitą przez „obcych"; ta liczba rośnie od ośmiu lat. Raz szybciej, raz wolniej - ale ciągle rośnie. I będzie tak nadal, bo przecież cały czas tam walczymy.

Pamięci o dotychczasowych krzywdach nie da się zatrzeć. Jedynym sposobem, by zdobyć prawdziwą przychylność Afgańczyków jest zagwarantowanie im bezpieczeństwa i spokoju - nawet nie demokracji, wolności, nowoczesności, lecz po prostu bezpieczeństwa i spokoju. A tego nie potrafimy na razie osiągnąć.

Dlatego nie będziemy szybko przyjaciółmi.